Mógł obok nich stanąć ze swoim tytułem i pargaminami świeżemi i pan de Cerulli.

Lebiedziński widział trudności zadania, ale jak każdy przywykły zwyciężać, podbudzał się jeszcze przeszkodami, które go jątrzyły. Przyjechał, dobrze się w drodze namyśliwszy, i wszedł do Cerullego udając doskonale człowieka tak zmęczonego, zbitego, utrapionego, a tak potulnego i maluczkiego, że Włoch popatrzywszy na sławnego jurystę, kazawszy mu naprzód wina dać na orzeźwienie, był już pewien że go od razu połknie.

Jurysta dziękował, kłaniał się i ogromnie wzdychał.

— Mówmy-no o interesach — rzekł Włoch nie spuszczając go z oka i podsuwając mu akt — co pan na to?

Prawnik spojrzał, przeczytał, wąsa podniósł, rozśmiał się jakby z radości, ręce zatarł i rzekł:

— Chwała Bogu że tak jest!

— Jakiż tam stan majątku?

— Może pan nie zechcesz wierzyć gdy mu powiem, ale spójrz pan na mnie com z Warszawy wyjechał zdrów, wesół i rzeźwy, a pomiarkujesz że to co mnie tak złamało, lada czem być nie może.

Cerulli zamilczał.

Wierzycieli chmury, bandy, ćmy, wojska! zastawnicy, procesa, chaos!! chaos! ani się z tego wyplątać! — Dzięki Bogu że się od tego uwolnię!