Szwęsia siedziała już z nogami na kanapie, a ujrzawszy podkomorzego w tym stroju, poczęła się śmiać, domyślając się jak go tam już niecierpliwość piekła.
— No, a cóż Szwęsiu kochanie! a co? — krzyknął wpadając podkomorzy i wcale nie obrażając się śmiechem jej.
— Podziękujże mi naprzód żem się do ciebie sama en personne fatygowała — a ślicznie mnie przyjmujesz! fe! co za paskudnik!
— Przepraszam cię, ale tak jestem ciekawy!
— A tu nic nie będzie! — chłodno powiedziała Szwędzka.
— Jakto! — wybuchnął gwałtownie podkomorzy łamiąc ręce — a tom zdyshonorowany.
Uśmiechnęła się tylko.
— Ale możeż być żebyś ty! ty! nic nie dokazała?
— Co myślisz! Dziewczyna po uszy rozkochana w Ordyńskim, prosta, głupia, ani do niej przystąpić. Otacza ją dwóch starych, wyschłych zakamieniałych dziadów, pilnując jak we łbie oka. I nic to interesów nie rozumie.
— Ani pieniędzy nawet?