— Owę to sławną Anusię, o której przed niejakiem czasem tyle mówiono?
— Ale się nią długo nie cieszył, dokończył jenerał szybko, nie dając się z plotką uprzedzić — prawy jej właściciel wpadł jak burza i zbezcześciwszy go, odebrał mu ją.
Nastąpiła chwila milczenia.
— Niepoprawiony! kiedy się to ten fajerwerk wypali, przebąknął król nareszcie, zwracając zaraz rozmowę. — Kazałem — rzekł, żeby się tu dziś stawił podczaszycowi i natrę mu uszy za waszego synowca mości księże biskupie. — Cóż ten biedny podskarbi? spytał po chwili Byszewskiego, — nie słychać o nim?
— Barabasz, dodał ks. Łuskina po cichu.
— Alboż go to już tak nazywają? rzekł Stanisław August wzdychając.
— Zdaje się żem już o tem mówił W. K. Mości?
— Może, ale mi to z głowy wyszło. — Uciekł chwała Bogu, co wiele sejmowi trudności oszczędzi.
— Wątpię, przerwał biskup, bo gorąco go szukają. Pomimo wszystkiego co uczyniono, by nienawiść ku niemu ogólną osłabić, zawsze ona trwa, a nawet wzmagać się zdaje. Na hetmana Ogińskiego wrzask okrutny, że go dał puścić, a tysiąc czerwonych złotych nagrody i ogólna niechęć, pewno go prędko pod kłódkę zapędzą.
— Niech sobie ucieka — rzekł król żywo — jak najdalej! Ciężki to dla mnie cios widzieć go przed sądem, a w nim zbeszczescony urząd wysoki i dostojeństwo. Sąd ten wywołuje tyle już zapomnianego dzięki Bogu, i błotem rzuca na tyle ludzi blizkich mego serca.