To mówiąc zakręcił się i zniknął w tłumie, prawie w chwili gdy jenerał brał pod rękę podczaszyca, który stał jak zdrętwiały z podziwu trąc czoło, żeby się przekonać że nie śpi.
— A! a! z kimżeście to tak żywo rozmawiali? spytał Baucher.
— Jenerał więc nie znasz cavaliere Fotofero?
— Mówisz mi pan o nim od rana, ale gdzieżeś go złapał? w Warszawie o żadnym nie słychać...
— Tylko co odszedł odemnie!
— Był tu? ale-żeś pan nie z nim rozmawiał? podchwycił jenerał, zdawało mi się, że ci coś śmiesznego prawił Turkułł... i Reverdil... Pokaż-że mi tego Fotofero, ja zaraz ci wyśledzę kto to taki.
— Przyznam się, że bardzo byłbym rad temu, odpowiedział podczaszyc, bo zdaje mi się, że sobie pozwala jakichś ze mnie żarcików.
Szukali go po salach oczyma, ale napróżno, przeszli za nim pokoje, wybiegli do przedsieni, rozpytywali za nim służby, nikt podobnej figury nie widział; co więcej, na liście zaproszonych tego wieczora, żadnego Włocha krom znajomych nie było.
Podczaszyc zagryzł usta, zamyślił się, zasępił, a że wieczór zamkowy już się kończył, wyszedł podrażniony i niespokojny chcąc do domu odjechać.
Jenerał napędził go w sieni, chwytając pod rękę.