— O ho! — pokiwał głową Węgierski z uśmiechem swoim szyderskim — alboż to trudno choćby i pański styl i manierę skopiować?
Trembecki nic nie odpowiedział, usta w górę podniósł, nosem pokręcił i czmychnął zażywając tabaki.
— Panie jenerale — dodał podkomorzy Brański — pochorujemy się, widzisz jakeśmy już rozgorączkowani ciekawością. Jeśli ci miłe życie nasze choć cztery wiersze, zlituj się!! prosimy, błagamy. Jak to było?
— Jak to było? — odparł Baucher filuternie — ot zaraz posłyszycie. Jedziemy z panem podczaszycem, którego oto panowie widzą, wieczorkiem, zkąd? czy mam wyznać panie Ordyński? ha! z rekolekcji od Kapucynów, w tem na Miodowej, blizko szyneczku Różanej Magdy, spotykamy tłum niosący przodem gwiazdę — orderu św. Stanisława...
— Jenerale co mówisz? jaką gwiazdę?
— Cóż ja temu winien, że na niej było S. A. R. dalej idą jasełka, śmiechy, tumult, my naturalnie ludzie ciekawi za ciżbą, zwłaszcza, że nam ktoś szepnął iż to nie prosta szopka. Wchodzimy do izby, poczyna się reprezentacja, występuje Herod przebrany za króla Jmci pruskiego, śmierć reprezentująca rewolucją paryzką, djabeł podobniuteńki do Luccheziniego, żyd...
— No ale te figurki i zagadki?
— Jakie? żadnych nie było prócz króla pruskiego i Luccheziniego...
— Ale dygnitarze, posłowie, biskupi, jenerale...
— Nie przypominam sobie nikogo, chybaby żyd reprezentował ich wszystkich! dajcież mi Waszmość pokój! Była szopka, wół i osiół — może osiół!