Już ustawali znużeni tancerze, już cichła wrzawa balowa nadedniem, gdy Labe Poinsot, który nieznacznie ale zręcznie dyrygował wszystkiem, z twarzą ożywioną, uszczęśliwioną, jasną, przybliżył się ostrożnie do pani podczaszynej.
— Spodziewam się, rzekł po cichu z pewną dumą, że wasza ekscelencja nie masz mi nic do wyrzucenia.
— A! wszystko było prześlicznie! udało się wybornie — jestem panu bardzo a bardzo wdzięczna — z przymusem niejakim odezwała się gospodyni — dokazałeś pan cudu.
— Król zdaje mi się był kontent a nawet zdziwiony trochę.
Gospodyni uśmiechnęła się zimno.
— Król? tak! tak! ale uważałeś pan jak prędko nam zniknął?
— Wszakże W. ekscelencja samiście go o to prosili?
— Nie sądziłam aby mnie tak łatwo wysłuchał!
— Interesa Stanu, a przytem potrzeba spoczynku! W całej podróży mowami, oracjami, deklamacjami nie dają mu pokoju! Spodziewam się jednak, dodał Francuz z uśmiechem wyższości, że N. Pan potrafił odróżnić moją kantatę, od tych pospolitych paplanin.
— O! nie wątpię!...