— A nie plótłbyś, dawaj kiedy ci mówię.
To rzekłszy pochwycił ze starego, ruszającego ramionami, podbity lisami przyodziewek i szarpnął się pędem ku oficynie.
Cisza znowu panowała w podwórzu — gdzieniegdzie dogorywały swędliwie lampy, kopciły dopalające się światła, spali wszyscy co noc spędzili na hulance, kręcili się tylko ciężko i niechętnie, ci co nie podzielając zabawy, przysposabiać ją musieli dla drugich.
W oficynie u starej pani (jak ją zwano powszechnie) cicho też było, ale przez żaluzje i firanki już światełko błyskało. Alfier rzuciwszy okiem na górę, poleciał wschodami.
VIII
W przedpokoju, toż samo dziewcze, któreśmy tu widzieli z wieczora, klęcząc u kominka i przygotowując ranną kawę, drzemało znowu trochę — blady płomyczek ogniska oświecał tylko silniej wydatniejsze sprzęty.
Alfier drzwi otworzył po cichuteńku, na palcach wsunął się do przedpokoju, przybliżył się do Agatki i korzystając z jej ospałości serdecznie ją naprzód wyściskał.
Dziewczyna nie krzyknęła nawet, może się domyśliwszy rannego gościa, ale pomimo cichego skradania się podczaszyca, z drugiego pokoju natychmiast głos się dał słyszeć.
— A kto tam?
— Wstała babunia? — spytał przybyły.