Była przy drzwiach za których klamkę już brała, gdy Alfier przykro uczuwszy cierpienie Anusi, posunął się ku niej żywo poruszony ostatniemi słowy, zapomniawszy powagi, którą chciał przybrać przed chwilą.
— Anusiu! Anuleczku! — zawołał dawnem imieniem i głosem poczciwie drżącym, chwytając jej różową ale maleńką rączkę — poczekajże... co ci to, ty bo się gniewasz na mnie, ja cię muszę przeprosić.
— Mówiłam panu, że choćbym chciała, gniewać się nie mogę.
— No dosyć tych żartów dziecko! pogódźmy się po staremu, chcesz? przyznam się żem jam winien, odpokutuję jak każesz, ale bądźmy z sobą znów jak za dobrych naszych czasów.
— Dobre czasy już minęły! — westchnęła Anusia.
— Ale jeszcze mogłyby powrócić!
— O! nie, nie! nigdy! nigdy! panu już spieszno do innych lepszych czasów, a mnie nie do tego idzie. Tyle to wesela co w dzieciństwie.
Anusia mówiąc to, trochę odstąpiła odedrzwi, podniosła oczy czarne i wzrok jej spotkał ogniste wejrzenie Alfiera.
— Tem bardziej — rzekł uśmiechając się — kiedy, jak mówisz czasy te wrócić nie mogą, czemuż ich choć dniem jakim nie przedłużyć — nie gniewaj się na mnie, a mówmy z sobą jak dawniej.
— Musiałabym zacząć od połajania — szepnęła Anusia.