— A co tu? u waści najazd jakiś? goście? czyś kogo przyjął w komorne?
— To brat mój Jan — rzekł Kasper całując księdza w rękę i usiłując zakryć bose nogi, za które ksiądz Spirydjon nie raz łajał — kochanych, dobrodzieju, mam gości.
— I przyjmujesz ich po swojemu, bosaka! — zaśmiał się kapucyn — oj! niepoprawiona natura!
— To z powodu nagniotków, ojcze dobrodzieju.
— Ba! ba! znamy te nagniotki! każdy ma takie nagniotki panie Kasprze, przeszłą razą mi mówiłeś żeś uczynił votum, a teraz...
Kasper spuścił głowę.
— Wstydź bo się waść — dodał cicho staruszek śmiejąc się ciągle — czyż taki do końca nie wydobędziesz się ze szpon tej brzydkiej pasji?
— Cicho jegomościuniu! cicho! — zawołał Kasper przerażony — a nuż moi goście posłyszą, pomyśleć gotowi żem skąpiec a zatem bogaty...
Kapucyn się rozśmiał i usiadł spocząć na zydelku.
— No! to się waści chwali, żeś jak widzę brata przyjął!