— Zdaje mi się że pozostała w dworku na Bednarskiej ulicy, ma to być wiejski kwiatek — dodał Cerulli z włoskim akcentem szarlatana zachwalającego cudowny olejek leczący rany, zasiewający włosy i wywabiający plamy — ma to być wiejski kwiatek prześliczny, coś niewinnie pięknego...
Młodsi panowie spojrzeli po sobie.
— A gdzieżby to ją zobaczyć można? spytał kasztelan orator.
— W łazienkach nie bywa — szepnął ktoś z cicha po za nim — to pewna.
— Chyba w oknie dworku, bo nigdzie nie pokazuje się i nie wychodzi... dziecię to jeszcze, ledwie może szesnastoletnie.
— Ba! w to graj! — cmoknął kasztelan ręce zatarłszy — a do tego nie Warszawianka. Jakże się to dzieje, że jej dotąd nie wyszpiegowano i nie zbałamucono.
— Ale bo to ma być na serjo kochanka podczaszyca i dziewczyna poczciwa!
— Cha! cha! — zaśmiał się stary fundator kąpieli, ruszając ramionami i udając że na dłoni liczy pieniądze — a to od czego?
Podkomorzy brański, który oddawna ziewał, pociągnął za rękaw gospodarza.
— A co grać nie będziemy? spytał.