Nie trwoż się tylko i nie okazuj po sobie, gdybyś nawet cierpieć miała. Wszyscy tu oczy mają zwrócone na ciebie, i wszystkie serca już pozyskałaś sobie. Stary Zygmunt łzy ma na powiekach gdy patrzy na ciebie, Tarnowska i jej siostra z uwielbieniem mówią o tobie, cały dwór unosi się nad twą pięknością i łagodnością. Bona nie dokaże przeciwko tobie nic, i ludzie więcej tylko niż dotąd będą ją nienawidzili.
Zamyślona słuchała młoda pani.
— Bona — rzekła po cichu — wiesz ty o tem, gdy wszyscy podarki przynosili, ona jedna nie dała mi nic, nic... Gdy przyszła kolej na nią, czekano... widziałam na twarzy starego króla podziwienie i gniew, ale nie okazałam nawet żem to zrozumiała.
A! Boże mój — dodała — czyż ja potrzebuję tych darów, tych bogactw, bylebym miała jego serce. Oddałabym Bonie co mam, niech tylko kochać się nam nie przeszkadza.
Dzień już był biały. Na zamku ruch w początku słaby, stawał się żywszym z każdą chwilą. Na podworcach zamkowych, pomimo przejmującego chłodu, gotowano plac do turniejów, wysypując go piaskiem, bijąc koły, okrążając go łańcuchami i sznurami.
Do starego króla poczęli się zjeżdżać senatorowie, dla odprawienia co pilniejszem było nimby się rozpoczęły zabawy, igrzyska i przyjmowanie cudzoziemskich gości.
Król Zygmunt po stoczonym wczoraj boju z żoną, spocząwszy mało co, wstał znużony, spodziewając się przy pierwszej zręczności nowego wybuchu. Nic go tak nie dręczyło jak te starcia krzykliwe, gwałtowne, które godności jego uwłaczały.
Postanowił też unikać spotkania z Boną.
Zwykle dowiadywała się ona o zdrowie męża gdy wstawał. Dnia tego nie spodziewał się jej Zygmunt, gdy drzwi się otworzyły, Bona weszła, z twarzą pofałdowaną, zmęczona, dumna, ale na oko spokojna. Za nią kroczył tuż Catignani, co zapobiegało kłótni. Król odetchnął swobodniej.
— Daj mi siły jeźli możesz — rzekł do Włocha — widzisz że ich potrzebuję. Człowiek zarówno, niestety, potrzebuje ich do zniesienia boleści i do podołania szczęściu. Mnie już i zabawa cięży.