W dzieciństwie jej wszystko wydawało się miłością, szlachetnością, wszystko czystem i jasnem; tu, na dworze męża, w matce jego trzeba było ukazać potwora, w ojcu bezsilną ofiarę, w mężu słabą istotę powodującą się despotyzmowi czy czarom matki.
Czary w owym wieku tłómaczące wszystko co było niezrozumiałem, służyły jako postrach — posługiwano się niemi wszędzie.
Przypisywano więc otwarcie tę władzę jaką Bona miała nad synem czarom, mówiono o tem powszechnie. Starą Włoszkę równie skłonni byli wszyscy uznawać czarownicą, jak trucicielką.
A cały czar, jakim Bona nad synem uzyskała przewagę, było jej uleganie wszystkim zachciankom młodzika, fantazjom dorastającego.
Król trzymał syna surowo dosyć, nie folgował mu. Karcił często, nie chciał go widzieć rozrzutnym, pamiętając na marnotrawstwo Aleksandra, Olbrachta i dziada Jagiełły.
Bona jakkolwiek skąpa, gdy szło o pozyskanie syna, nie żałowała nic, zasilała go pieniądzmi obficie, obsypywała podarunkami, a naostatek, widząc do miłostek skłonnym, ułatwiała mu je z rodzajem lekceważenia, które nie było w polskim obyczaju.
Cały fraucymer Bony był jakby haremem młodego pana. Zapobiegano skandalom przez ożenienia, zamykano usta podarkami, wysyłano do Włoch, wydawano za mąż w oddalone strony.
Dżemma nie była pierwszą, chociaż przywiązanie do niej przechodziło wszystkie dawne miłostki. Inne dziewczęta były płochemi — ta kochała nie króla ale Augusta i przywiązała się do niego namiętnie. Lecz Bona nie wierzyła w to, ażeby miłość ta mogła później stanąć na zawadzie, stać się ciężarem — rachowała na płochość niewieścią.
W końcu maja, gdy się to wszystko działo, goście obcy powoli się rozjeżdżać zaczęli, zamek powracał do trybu życia zwykłego, ale królowa młoda jak była tak pozostała — samą.
Nic się nie zmieniało, stosunki tylko naprężały, a każdy czuł, iż pozostać nie mogą takiemi jak się ułożyły ostatecznie.