Zamyślił się mocno Petrek.
— Życzę aby się wam powiodło — odparł — ale nie wiem zpełna, jak potraficie ciężkiego dokonać dzieła.
— Starać się będę — rzekł Włoch z pewnością jakąś. — Królowa stara Włoszką jest, ja też Włochem, jedną bronią walczyć z nią potrafię.
Dudycz milczał.
— Macie więc wiedzieć — dodał kupiec — iż na teraz, kupcem już wcale nie jestem, ale posłem króla ojca i zowię się, do usług waszych, Giovanni Marsupin.
To mówiąc pokłonił się nizko.
— Przybyłem dzisiaj rano — mówił dalej po chwili — małom co miał czasu dotąd rozsłuchać się i rozpatrzyć. Cóż się u was dzieje?
Dudycz zagadnięty znalazł się w trudnem położeniu; na zapytania pojedyńcze byłby łatwo znalazł odpowiedź, do takiego ogólnego odmalowania położenia nie czuł się na siłach. Wymównym nie był, a myśli błąkały mu się zwykle samopas po głowie.
Odparł poruszeniem ramion i miną skwaszoną.
— Młodą królowę Bona widocznie postanowiła zamęczyć — odezwał się Marsupin. — Co ona zrobiła z tego małżeństwa! Prawdaż to, że król August nie jada nawet z małżonką, nie widuje się z nią po dni kilka... nie odwiedza. Mówią mi, że jej zbywa niemal na wygodach do życia. Zrobiono z niej niewolnicę! Ale co oni sobie myślą? że król pan mój i cesarz to zniosą, nie starając pomścić?