Bianka napróżno czekała odpowiedzi; zatopiona w myślach Dżemma nie słyszała może jej szczebiotania. Nagle zwróciła się drgnąwszy ku niej.

— Masz słuszność! — rzekła żywo — potrzeba nietylko widzieć jutro, ale się pokazać. Niech August widzi mnie wesołą, aby mu zabolało serce! Przez cały długi dzień na jedną chwilkę nie wpadł do mnie!

— Rano więc na miasto? nieprawdaż? — odparła Bianka uradowana. — Ja wszystko przysposobię, przygotuję, urządzę i będziemy miały okno najlepsze.

Zaczęły szeptać. Dżemma z gniewem i namiętnością gotowała się do zemsty.

— Uśmiechnę się szydersko, gdy spojrzy na mnie! — szeptała ciągle zajęta miłością swoją — bo że spojrzy, choćby nie chciał, tego ja jestem pewną. Ja czuję zdaleka wzrok i myśl jego, on mój gniew i wejrzenie musi przeczuć.

Ruszyła ramionami Bianka.

Musiała wziąć w opiekę towarzyszkę, nad którą się litowała. Zaryglowała drzwi od korytarza, na którym ruch ciągle słychać było, zgasiła światło, przeprowadziła Dżemmę do łóżka, położyła ją, okryła, pocałowała w czoło i wesoło pobiegła sama odpocząć.

Ale tej nocy mało kto zasnął na zamku. Bianka musiała wstać rano, ażeby sobie i Dżemmie zapewnić pomieszczenie w jakiej kamienicy w rynku, dla widzenia orszaku. Nie wątpiła, iż stara królowa na prośbę swojej teraźniejszej faworyty pozwoli na to. Lecz trzeba było użyć kogoś, coby stosunkami lub pieniądzmi okienko od ulicy wyjednał i to takie, któregoby się panny królowej wstydzić nie potrzebowały.

Bianka szukała w głowie kogoby użyć do tej spóźnionej negocyacyi, gdy jej na myśl przyszedł pocieszny Dudycz, o którego passyi dla Dżemmy wiedzieli wszyscy.

Nie miała nikogo pod ręką, komuby z większą pewnością skutku powierzyć to mogła.