Nieznajomy, który chciał uchodzić za kupca, teraz sam pierwszy począł żywo, natrętnie, natarczywie badać Montiego, który posłusznie i z pewną odpowiadał mu uniżonością.

— Widzieliście starą królowę?

— Codziennie śpiewam u niej — rzeki Monti. — Nie szczędzi mi oklasków, ale podarków nie szczodra! Winien temu zapewne zły humor, jaki ją uciska.

Kupiec błysnął oczyma.

— Przegrała sprawę — szepnął, uśmiechając się.

— Wątpię, by ją miała za straconą. Ona tu pani — mówił Monti.

— Kto są te dwie Signoriny? — zapytał nieznajomy wskazując na Dżemmę, która odsłoniwszy czarny kwef, w całym blasku piękności swej się ukazała.

Monti pochylił mu się do ucha.

— Bellissima jest kochanką młodego króla teraźniejszą, a druga przeszłą!

Mówiąc to uśmiechał się.