Włoszka nie mogła utaić gniewu swojego. Chciała natychmiast, zerwawszy się, na zamek powracać, ale było zupełnem niepodobieństwem przez ulice się przecisnąć. Orszakowi królowej nie było końca, a ciżba wszędzie tak wielka, że ani Dudycz z Montim, ani kilku służby gdyby ich w pomoc wzięto, nie zdołaliby utorować drogi.
Kobiety więc czekać musiały, aż tłumy się cokolwiek rozrzedzą. Tymczasem powozy szły jedne za drugiemi, bo teraz kolej na nie przyszła.
Za królową naprzód w takiejże pozłocistej kolebce z aksamitem czerwonym, sześć koni pod dekami aksamitnemi, jechały Krystyna z Szydłowieckich księżna Oleśnicka i siostra jej żona hetmana, które na spotkanie młodej pani wysłane były.
Dwie siostry niechcąc z sobą się ubiegać o wspaniałość, wozy i woźniki miały zupełnie podobne. Za kolebkami ich w kolebkach mało co skromniejszych, siedziały panie i panny fraucymeru młodej pani, Niemki po większej części, dwór niewieści hetmanowej i księżnej.
Co dalej szło, to już do orszaku uroczystego nie należało i na to ciekawy tłum, który się począł rozpływać, nie zwracał uwagi.
Wszyscy teraz pragnęli się dostać na zamek, aby tam być świadkami przyjęcia młodej pani, ale podworce były przepełnione, kościół do którego naprzód wstąpić miała przybyła pani, nie mógł zmieścić tylko wybranych; próżno więc gawiedź miejska zatoczywszy się jakby falą, u wrót zamkowych strzymana, postawszy nazad ku miastu powrócić musiała.
Włoszka niecierpliwiła się dawno, usiłując wyrwać; chciał i Dudycz powrócić do swych obowiązków, lecz nierychło można było próbować nawet dostać się na Wawel. Szczęściem Merło, który to przewidywał, a szło mu o Dżemmę, ulubienicę pańską, znalazł woźnicę i krytą kolebkę dworską niezajętą i kazał jej jechać do kamienicy zabrać panny królowej. Monti i Dudycz wybierali się już na piechotę z niemi, gdy zbawcza kolebka nadciągnęła. Woźnica niemający polecenia zabrania nikogo oprócz kobiet, gdy te siadły, ruszył nieczekając na nikogo więcej.
Porzuciwszy Montiego, Petrek, który konia sobie szukać dla pospiechu nie mógł, puścił się pieszo na zamek.
Wszyscy zgromadzeni wypadkiem na dole w kamienicy naprzeciw św. Wojciecha, rozstali się nie żegnając; Włoch tylko ów gibki i żwawy, który dał odprawę Montiemu, do Dudycza dobrowolnie przystał, i wybrawszy go sobie, jakimś szczególnym afektem, ofiarował się go ku zamkowi przeprowadzić. Ujął nawet dla bezpieczeństwa pod rękę, i począwszy wesołą rozmowę, okazywał wielką chęć bliższego z nim poznajomienia się.
Dowodziło to niepospolitej trafności oka w nieznajomym kupcu weneckim, bo poczciwy ale niedaleko widzący Dudycz, do którego ludzie nie zwykli byli lgnąć, przez wdzięczność dla tych, którzy mu okazywali jakąś sympatyę, łatwo do nich przystawał. Raz zaś z kim zawiązawszy stosunek dobroduszny człek dawał siebie ciągnąć, co kto chciał i był dla takiego ciekawego cudzoziemca nieocenionym skarbem. Powiadano o nim żartobliwie, że niekiedy od niego o tem się było można dowiedzieć, czego on sam nie wiedział.