W ciągu powolnej jazdy od namiotów na zamek, oczy młodej pani szukały ciągle narzeczonego, zwracając się ku niemu z ciekawą a serdeczną sympatyą — ale król nie odpowiadał na te wejrzenia. Nie przemówił do niej nawet, gdy do powozu prowadząc miał czas i sposobność do tego.
— Wszystko się to rychło odmieni — mówili jedni. — Pani piękna i dziwnie dobrą być musi, król przywiąże się do niej.
Drudzy przewidywali inaczej i potrząsali głowami.
Na zamku po powrocie z kościoła wprędce zasiedli goście dostojniejsi do stołów. Posadzono przyszłą parę obok siebie, lecz naprzeciw siedzący stary Zygmunt więcej się synowej przypatrywał, częściej do niej przemawiał, czulej o nią troszczył niż August, który prawie oczów podnieść nie śmiał na nią.
Królowa Bona siedziała też dumnie milcząca, z zakąszonemi wargami, nie ukrywając gniewu swego, a ile razy wejrzała na przyszłą synowę, oczy jej złowrogiego nabierały blasku.
Tylko ojciec weselem i humorem, i kółko jego przyjaciół, dwie panie towarzyszki, Tarnowska i Oleśnicka, ożywiały towarzystwo.
Znużenie podróżą, po której nazajutrz ślub i koronacya nastąpić miały, zmusiły przez wzgląd na wątłe siły Elżbiety, do rychłego odpuszczenia jej na spoczynek.
Biedna ofiara, upadająca pod ciężarem sukni i znużenia dnia tego, uśmiechała się do końca, usiłowała mężnie wytrwać, bladła i rumieniła się, ale nie okazała po sobie, że sił ostatek dobywała.
Gdy się to działo w komnatach wielkich, oświeconych i strojnych, w całym blasku i przepychu królewskim, mieszkanie tymczasowo przeznaczone dla Elżbiety fraucymer jej spiesznie przygotowywał tak, aby w niem spocząć mogła.
Niespokojna, blada, ale mężna ochmistrzyni, przyjaciółka, zastępująca matkę, Kätchen Hölzelinowna, w mgnieniu oka usłała łoże, dobyła suknie i bieliznę, i chodziła modląc się niespokojna w oczekiwaniu na swą biedną panią.