— Widziałem ją zdaleka tylko — rzekł — ale wszyscy wszędzie to głoszą.
Szli, chwilę milcząc, ku wrotom. Kupiec ujął Dudycza pod rękę, jak gdyby go puścić nie chciał, a zależało mu wielce na przedłużeniu rozmowy.
— Od czasu jak tu jestem w Krakowie — odezwał się po chwili — ciągle się spotykam z różnemi pół-słówkami i alluzyami, których niedobrze rozumiem. I nie dziw, bo obcy jestem a widzę, że u was na dworze niełatwo wszystko zrozumieć i kto chce się zbliżyć do ludzi, ostrożnie stąpać musi. Bodaj czy nie dzieli się i dwór i kraj na dwa obozy?
Dudycz, który obszernie się rozgadywać o tem nie lubił, głową tylko kiwnął potwierdzając.
Kupiec uśmiechnął się.
— A wy, czcigodny panie, do którego się obozu liczycie?
— Ja? ja? — odparł Petrek zamyślając się — prawdę rzekłszy, trudno mi to oznaczyć. Jestem dworzaninem króla JMości starego, miałem zamiar wpisać się do dworzan młodego, a u królowej starej jestem też zapisany niezgorzej.
I po chwili namysłu dodał naiwnie.
— Ja trzymam przedewszystkiem z sobą samym.
Zdawało mu się to dowcipnem i uśmiechnął się zadowolony z siebie, patrząc w oczy kupcowi, który dał mu aprobatę.