Włoszka szła poruszona, zarumieniona gniewem i nie spostrzegła, gdy się zbliżył do niej. Dopiero gdy się zwróciła w mieszkaniu swem do towarzyszących jej panien, zobaczyła idącego za nią arcybiskupa.
Miał czoło zmarszczone i twarz zasępioną. Królowa rzuciła się na krzesło, odpinając łańcuchy i ściągając klejnoty, które na stół ciskała z gniewem.
Arcybiskup stał przed nią.
— Miłościwa pani — odezwał się — pozwólcie powiedzieć sobie, źle się stało! zaprawdę źle!
— Cóż się stało? — wykrzyknęła podnosząc się Bona.
— Jedna tylko matka nie dała nic synowej! — rzekł Gamrat — a stało się to wobec posłów, którzy jutro, jeśli nie dziś doniosą o tem cesarzowi i królowi ojcu. Pomszczą się oni, nie daj Boże na Izabelli, na waszych księztwach.
Włoszka trzęsła się prawie konwulsyjnie z gniewu.
— Milcz! — krzyknęła groźnie, nie mogąc się pohamować. — Tak chciałam i tak uczyniłam... źle czy dobrze, stało się. Gdy zechcę, wynagrodzę to.
— Nigdy — odparł Gamrat — żaden dar publicznie wyrządzonej krzywdy nie opłaci. W. miłość, co gorzej, zdradziliście się.
— Nie czyń mi wyrzutów — przerwała królowa. — Stało się, stało się.