— Przyprowadziliście mnie do ostateczności — poczęła wrzaskliwie. — Chcieliście ze mnie lalkę jakąś zrobić, która tak skacze jak jej każą. Taką ja nigdy nie byłam i nie będę. Syna mi odbierają.

Zygmunt po włosku, cicho, pojedyńczemi wyrazy, przerywanemi, poprostu już łajał królowę.

— Nie krzyczże — zawołał w końcu — potrzeba ci aby na całym zamku wiedzieli wszyscy aż do pachołków, że u nas zgody nie ma, ani między małżeństwem, ani w rodzinie.

Chciałaś uderzyć Elżbietę, a własną córkę, swoją najukochańszą Izabellę raziłaś. Myślisz, że ci to cesarz przebaczy?

Bona słuchając rzucała się i płakała razem, a przeklinała.

— Miałam ja jej dawać podarki? Za co? Za to, że mi się tu wparła między mnie a syna, między mnie a ciebie... ta blada, wynędzniała, schorowana dziewczyna, która chorobę może przynieść jedynemu synowi memu!

Miałeś się dobijać o co! Nawet lichych trzydziestu tysięcy złotych, na które ze stu zeszło, nie mają czem za nią wiana zapłacić!

Ja tu przecie coś przyniosłam, i coś znaczyć powinnam. Wy mnie chcecie pognębić, odsunąć, zaćmić dać tej niemieckiej...

Mówiła ciągle, a Zygmunt jedno powtarzał, równie gniewny jak ona.

— Milcz! milcz.