Choć zwykle Catignaniego rady i rozkazów słuchała, Bona była nadto wzburzona tym razem, aby milcząc przyjęła przestrogę.

— A pocóż mnie tu zawołano? — odezwała się na wpół do doktora, wpół do męża. — Nie myślałam mu wcale przerywać spokoju. Kazano mi przyjść jak dziecku, aby je skarcić.

Król syknął, nierad był tym zwierzeniom przed obcym — ale Bona dla niego tajemnic żadnych nie miała.

Catignani wszedł, wcale niezmięszany, pokłonił się Zygmuntowi, rękę kładnąc na piersi, zbliżył do Bony, z poszanowaniem ale nalegając szeptać jej coś zaczął i opierającą się, gniewną w ostatku swoją powagą potrafił do wyjścia nakłonić.

Trochę opodal odedrzwi czekali komornicy ze światłem, którzy Bonę, jeszcze całą poruszoną i ledwie oprzytomniałą do jej pokojów odprowadzać mieli.

Tak była zaślepioną gniewem, iż Catignani po kilkakroć wskazywać jej musiał kierunek w jakim iść miała.

W pokojach czekał na nią Gamrat, który chciał wiedzieć, na czem się skończyła ze starym rozmowa. Pytać o to nie bardzo potrzebował. Dosyć było spojrzeć na wywróconą, zmienioną twarz Bony, istną głowę Meduzy.

Gamrat to wysłał Catignaniego, aby zbyt długi spór i dla obojga królestwa niebezpieczne wybuchy poskromił.

Włoch posadziwszy panią swą w krześle, poszedł po lekarstwo na zburzoną krew i nerwy. Przyniósł kubek zgotowanego napoju, część jego naprzód wypił sam, gdyż w obawie trucizny Bona nigdy inaczej lekarstw i pokarmów nie przyjmowała, i otarłszy ręcznikiem kubek, podał go pani.

Wzdrygała się wziąć go do ust.