— To mi dokucza! to niemal mnie śmieszną czyni! — odezwała się Dżemma. — Ściga mnie oczyma, chodzi za mną, miłość jego mi uwłacza.
Bona słuchała zimno.
— Chcesz się go pozbyć na czas jakiś?
— A! radabym na zawsze — odparła Dżemma.
Dziwnie spojrzała na nią królowa.
— Nie zważaj na niego — dodała — tymczasem ja się postaram o to, abyśmy z Krakowa go się pozbyli! Naganić mu nie mogę, że się w tobie kocha... miłość wszelką przebaczyć potrzeba. Szkoda, że tak brzydki i stary.
Łzy stanęły w oczach Dżemmie.
— A! ja żadnej miłości, nikogo na świecie nie potrzebuję — odezwała się.
Bona wstała nie odpowiadając jej na to, przeszła w milczeniu komnaty i zostawiła ją samą.
Wieczorem Dudycz stał na przesmyku, aby się królowej pokłonić i przypomnieć, i sądził że go pominie jak zwykle, gdy Bona zatrzymała się i skinęła aby się zbliżył.