I rozśmiał się dziko.
— Kumelski jej nie zrówna! — dodał spoglądając ku rozpartemu nieopodal wystrojonemu ulubieńcowi.
Ten skromną przybrał postawę.
Przymusowa cisza trwająca około stołu, gwałtowne to zamknięcie ust wszystkim, powiało jakimś chłodem po biesiadnikach i odbiło się nim na Kmicie, któremu ta przerwa dała się czuć dotkliwie.
— Katby ją porwał tę starą babę — zawołał — z jej listem i posłańcem... nie daje mi spocząć tu nawet i zażyć uciechy, jaka mi należy.
Nieuszanowanie, z jakiem się odzywał o królowej Kmita, choć był jej sługą i liczył się do zaprzedanych zwolenników, zdumiało bardzo Dudycza. Zdało mu się niepojętem takie lekceważenie tej potęgi — osłupiał.
— Zabawną komedyę będziem mieli na dworze — począł Kmita głośno — dwie królowe! Stara jak szatan zła, jak on zazdrosna, z trzosem nabitym, z Gamratem i całem wojskiem sług i służek z jednej strony; z drugiej stary król zmęczony i młoda dzierlatka, obca tu, nieoswojona... a po której stronie stanie młody król August, hej! któż to zgadnie?
Śmiał się Kmita.
— Hm — dodał — my żołnierze, a gdzie wojna się toczy, choćby między babami, zawsze się coś upiecze dla wojska...
Gdy to mówił Kmita, wrzawa, która była ustała, w drugim końcu stołu na nowo się powoli wszczynała, a że biesiadnicy wszyscy nietrzeźwi byli, wkrótce rosnąć i wzmagać się jęła tak, że Dudycz reszty słów Kmity dosłyszeć nie mógł.