Dudycz wahał się ust otworzyć, wstyd mu było przed tym szydercą do słabości swej się przyznać.
Stańczyk, który zgadywał czego wiedzieć nie mógł, czytał w tym biednym Petrku jak w otwartej książce.
— Po co ci się kręcić i wisieć przy dworze — począł z cicha. — Dorobiłeś się z soli chleba, możesz mieć do woli jednego i drugiego... a służyć ci się chce! Nałóg do jarzma! kark świerzbi, gdy go co nie gniecie! Jechałbyś rzepę siać i Boga chwalić.
Dudycz się czuł dotkniętym.
— Cóż to ja? dworum nie wart? prostak taki! — zamruczał.
— Hę! — zawołał stary — może ten dwór nie wart i ciebie!
Ramiona mu się poruszyły, odwrócił głowę. Petrek pod nosem sobie coś mruczał nadąsany.
— A wy? czemu przy dworze wisicie? — dało się słyszeć w końcu. — Hm!
Trefniś twarz skierował ku mówiącemu, wyciągnął ogromną rękę swą i ciężko rzucił ją na ramię Dudyczowi.
— Prawdę mówisz — rzekł — i jam tu na nic. Stary król ogłuchł, więc nie słyszy co Stańczyk prawi, młody słuchać nie ma czasu, królowe tylko trefnisiów lubią... a no, mnie już tu nie długo i nie mam dokąd, a ty...