— Nie dla króla Ferdynanda ani dla cesarza to czynię, iż żonę zabiorę — rzekł sucho — ale dla sumienia własnego. Jest to obowiązek. Biedna królowa wycierpiała dość, czas jest, aby zajęła stanowisko, do jakiego ma prawo.
— Prawo!? — ironicznie powtórzyła Bona — prawo? Jednego grosza posagu dotąd nie wniosła, żyje z naszej łaski.
To niezręczne wtrącenie przymówki o posag, rumieńcem okryło twarz młodego króla, który dodał żywo.
— W liście swym król Ferdynand zapowiada wypłatę części znacznej posagowej summy za kilka miesięcy.
— A! na obietnicach u nich nigdy nie zbywa — rozśmiała się Bona.
Rozmowa zdawała się wyczerpaną. Królowa wiedziała to o czem się przekonać chciała, młody król też czuł, że stosunek dawny z matką może na zawsze został zerwany i zmieniony.
Wielką, namiętną miłość miała zastąpić nienawiść.
Nie zbliżając się nawet do matki, która w krześle swem siedziała rozparta, skłonił się nizko i zwrócił ku drzwiom. Bona, zapewne spodziewając się czegoś więcej, rzuciła się jakby gonić za nim chciała i pomiarkowawszy zaraz, głową skinęła, padła na poręcze siedzenia.
Zygmunt August krótko się zatrzymawszy w przedsieni, gdzie na niego czekali komornicy, zwrócił się do mieszkania żony, którą widział tylko zdaleka.
Zajmowane przez nią izby były tak szczupłe i niewygodne, że w głównej z nich zasłona wielka zawieszona w połowie oddzielała część jej od sypialni, w której Hölzelinowna siedziała.