Niekiedy czując ją po za sobą Elżbieta zwracała się z uśmiechem, nalewała jej wino, podawała potrawy, ale starej ani się pić ani jeść nie chciało.
Po wieczerzy król z Litwinami wyszedł przed dwór, bo noc była gwiaździsta i piękna, a dokoła ludek się weselił, aż miło słuchać go było.
W duszy Augusta jak w sercu Elżbiety dziwny spokój jakiś i uczucie wyswobodzenia zalegało. Pierwszy raz był panem woli swej i panem nad krajem, nad którym daleko większą miał władzę niż ojciec w Polsce. Ojcowie jego i praojce królowali tej ziemi, to była jego ojczyzna. Czuł się tu w domu i było mu błogo.
Było mu błogo myśląc o tej biednej żonie, od której go okrutna dłoń matki dzieliła tak długo. Obiecywał sobie tej ofierze nieszczęśliwej nagrodzić wszystko co ona wycierpiała dla niego. On najlepiej wiedział czem być mogło to prześladowanie na każdym kroku, ta nienawiść nieprzebłagana.
W sypialni Hölzelinowna sama nie dając nikomu zbliżyć się do królowej, zdejmowała z niej suknie podróżne, które dość jej ciężyły, bo w kolebce na oczach ludzi strojną być musiała. Sama rozpuściła jej włosy, aby je ująć na noc w siatkę jedwabną; sama włożyła suknię białą do łoża przeznaczoną, zapaliła lampkę, opatrzyła czy czego nie brakło i cofnęła się ucałowawszy jej ręce, nie dalej jak do drzwi, które wiodły do izby dla kobiet przeznaczonej.
Z bijącem sercem, modląc się, stanęła tu na czatach.
Szpara we drzwiach i uchylona umyślnie zasłona, dozwalały jej widzieć wszystko, co się w sypialni działo. A niezdrożna ciekawość przykutą ją trzymała u proga — lękała się o biedne dziecko swoje. W mroku ujrzała jak się ukazał król, który tylko lekką, futrem okładaną, długą suknię miał na sobie.
Elżbieta, której głowa spoczywała na poduszkach, podniosła się.
Wolnym krokiem August zbliżył się do łoża i ujrzał dwie białe ręce wyciągnięte ku sobie.
— Królu mój! panie mój! — szeptały usta.