— Nie chory jesteś, signor Giovanni?
— Chory! zabity! zamęczony, półżywy jestem! ledwie dyszę — zawołał Włoch. — Że mnie ta żmija w śmierć nie zagryzła, Panu Bogu dziękuję! Zwijam się jak ryba w ukrop rzucona! Dzięki Bogu, że wy mi na pomoc przybywacie!
— A! ja! — zawołał młody zakłopotany. — Wprawdzie jestem posłem króla i cesarza, ale cóż ja tu zdołam, gdy wy nie mogliście nic uczynić. Chyba powaga ojca mojego...
Przerwał nagle zadumany.
Był to syn Justa Decyusza krakowianina, służący przy królu Ferdynandzie.
Marsupin padł znużony na ławę.
— Do wszystkich utrapień — rzekł — dodajcie to, żeśmy w Krakowie morem zagrożeni, że w każdej chwili śmierć może pochwycić za gardło.
— Więc i dwór ztąd uchodzić powinien — rzekł Decyusz.
— Stanie się to zapewne — odparł Marsupin.
— Cóż natenczas z wami będzie? — spytał Boner Włocha.