I namiętnie pochwyciwszy go za szyję zaczęła ściskać.
Serce Augusta poruszyło się też temi dowodami macierzyńskiej miłości, całował ją po rękach i dziękował.
Bona zaczęła szeptać poufnie, przygotowując go do postępowania wedle jej wskazówek, chcąc zapobiedz, aby oddalenie się syna nie oderwało go od niej i nie wyzwoliło z pod tego wpływu, jaki dotąd na najmniejsze jego czynności wywierała.
Długo dosyć trwała ta narada poufna z matką, po której Bona z uśmieszkiem wskazała synowi drogę zwykłą przez swoje pokoje do mieszkania Dżemmy.
— Idź ją pociesz — rzekła — musi być biedna w rozpaczy, bo już we dworze o twoim wyjeździe wiedzą. Poverina!
Młody król w istocie pożegnawszy matkę, wprost udał się do Dżemmy.
Teraz, jak w początku rozmowy z Boną, piękne jego lice nosiło na sobie to niezmazane piętno, które przez życie całe skazanym był dźwigać, nieprzezwyciężonej tęsknicy. Nigdy nikt nie widział Zygmunta Augusta prawdziwie wesołym i swobodnym, jak gdyby losów swoich miał przeczucie i świadomość; ostatni z Jagiellonów napróżno usiłował życie swe czemś umaić, wszystko mu się z rąk wyślizgało — nie miał szczęścia.
Szedł pogrążony w myślach, gdy trzpiotowata Bianka, nim się zbliżył do drzwi mieszkania Dżemmy, zabiegła mu drogę, z zuchwałym swym na koralowych wargach uśmiechem.
Jak stara, dobrze z nim spoufalona dworka, podbiegła wprost do króla.
— A! — zawołała — śpiesz W. K. Mość pocieszyć tę biedną Dżemmę, bo się we łzy rozpłynie, choć dobrze wie, że zapomnianą nie będzie... i że dziś czy jutro pojedzie przecie za wami.