— August mnie kocha, jestem mu dla życia konieczną, mówił mi to i poprzysięgał razy tyle... nie obejdą się bezemnie.
Królowa Bona w istocie myślała o tem, jak miała synowi wysłać kochankę, której była pewną, że ją zdradzić nie powinna, lecz daleko trudniejszem się to okazało w wykonaniu, niż sądziła.
Marsupin czuwał, młody Decyusz siedział w Krakowie, biskup Maciejowski był o wszystkiem zawiadomiony i nie wahał się królowi staremu donosić o tem co czci królewskiej i powadze szkodliwem sądził. Nie można było wprost, jawnie Włoszki wysłać, mówionoby o tem nadto, a Marsupin doniósłby nieochybnie ojcu królowej.
Cicha doradczyni Bony, mniszka Maryna, która przez jakąś niewytłómaczoną zawiść Dżemmy cierpieć nie mogła, pierwsza szepnęła jej, że ludzie mieli na kochankę zwrócone oczy, i zawczasu królowę obwiniali, iż ją za synem wyprawi.
Królowa się wahała, chociaż mocne miała postanowienie, przez Dżemmę zapobiedz, aby kto inny nie opanował syna.
Tak stały rzeczy, gdy Dudycz, który widział że ta chwila dla niego stanowczą być mogła, nadaremnie przez dni parę nastręczając się oczom Bony, która na niego uwagi nie zwróciła, pobiegł do Zamechskiej.
— Królowo moja! — zawołał od progu — ratuj mnie! Włoszka została na koszu, król odjechał, nikt o niej nie myśli... przypomnijcie jej, królowej, komu chcecie, mnie, który się ofiaruję żenić.
Ochmistrzyni zdumiona popatrzyła na niego.
— Daj ty mi pokój — odparła — ja żadnego się pośrednictwa nie podejmuję. Gdybyś się powiesić chciał a mnie o stryczek prosił, prędzejbym ci może go dała. Ja nad Włoszkami żadnej mocy nie mam, a z królową też niewiele poufałości. Idź sam, proś, to będzie najlepiej.
Napróżno ubłagać ją i ująć się starał Dudycz, tyle tylko wymódz potrafił, że mu czas i miejsce wskazała, kiedy i gdzie Bonę będzie mógł znaleźć mniej zajętą i otoczoną.