Dudycz szukał po głowie od czego rozpocznie.

— Królowa JMość — począł jąkając się, cicho — królowa JMość uczyniła mi nadzieję, że zechcecie mnie wysłuchać!

— Wiem co mi powiedzieć macie — odparła sucho Dżemma, po krótkim namyśle. — Ważycie się na sprawę trudną a dla was... no i dla mnie sromotną. Mnie zresztą niewiele obchodzi co ludzie powiedzą, wiem co mi za to zapłaci, ale wam!

Dudycz się zmięszał

— Dawno już, dawno — odezwał się — serce moje wam oddałem. Na wszystkom gotów.

— Aby nic za to oprócz wzgardy nie otrzymać — przerwała mu Włoszka. — Nie rozumiem rachuby waszej. Rękę wam dać mogę być zmuszoną, ale więcej nic, nic... nawet litości.

Dudycz podniósł oczy ku niej. Nie pałała w nich namiętność — on sam przestraszonym się wydawał, ale bynajmniej rozkochanym.

Dżemma odstąpiła kilka kroków, poszła ku oknu nie patrząc na niego. W ciągu długiej nocy porachowała wszystko, gotową była wyjść za tego nikczemnego w swem przekonaniu człowieka, lecz chciała zawczasu odjąć mu wszelką nadzieję, aby małżeństwo to kiedykolwiek czem innem być mogło nad udanie i kłamstwo.

Dudycz zaś postanowił na wszystko się zgodzić, rachując iż przyszłość zmieni warunki, a Włoszka będzie musiała się im poddać.

Milczeli oboje, gdy Dżemma się odwróciła, stanąwszy zdaleka przy oknie.