Obawę tę potwierdziły listy rozpaczliwe Dżemmy i Bianki, ustne opowieści posłańców z Wilna.
Odepchnięcie obojętne Włoszki, którą mu posłała królowa, obeszło ją jako symptom groźny.
Przestraszyła się wpływu panów litewskich, nowych ludzi, któż wie? może zwrotu ku Elżbiecie. Listy Bony pośpieszyły, nieokazując obawy, przypomnieć Augustowi jego zobowiązania względem matki i wszystkie ofiary jakie ona czyniła dla niego.
Oczy Bony niespokojnie odtąd poczęły się zwracać na Wilno.
Nakoniec, ostatnim niepokoju dla niej powodem była niepojęta, niezrozumiała dla niej Elżbieta. Tu wszelkie rachuby zwykłe okazywały się chybionemi.
Bona rachowała na łzy, na rozpacze, na skutek zmartwienia, który powinien był sprowadzić chorobę i, któż wie, przyśpieszyć rychły zgon, który jej astrologowie przepowiadali.
Tymczasem Elżbieta, jak to już Marsupin przy widzenia się z nią uważał, nietylko nie wyglądała gorzej, ale odzyskała rumieńce. Uśmiech jej był weselszy, spokój ducha niezachwiany.
Zdawała się zupełnie szczęśliwą, nie czyniła wymówek, nie uskarżała się, nie obwiniała Bony, a okazując jej poszanowanie wielkie, unikała wszelkiego pozoru rozdrażnienia.
Ale właśnie ten spokój, ta zimna krew, to wesele młodej pani najmocniej Bonę rozdrażniło. Chciała aby płakała i cierpiała, a doczekać się tego nie mogła.
Elżbieta znosiła wszystko. Odbierano jej sługi, ograniczała się pozostałemi, osamotniano ją, znajdowała zajęcie w samotności i żyła ze swoją Hölzelinowną.