Późno już, niespokojna pobiegła do Zamechskiej.

Ochmistrzyni była do tych odwiedzin przygotowaną.

Włoszce twarz się paliła z gniewu... może nie żeby ją podarek obraził, ale że musiała go odrzucić, nieprzyjąć, a tak szkoda pozbyć się było tej ozdoby, którą przez chwilę miała już za swoją.

Zamechska się zaparła. Nie wiedziała o niczem...

— Może być i najpewniejsza to, że on ci go przysłał — rzekła — nikt inny, ale nie przezemnie. Użył kogo innego... Ja o tem nic nie wiem, a ty siedź cicho. Schowaj go i nie łam sobie głowy.

Rozprawiwszy się burzliwie z ochmistrzynią, Włoszka z pasem wróciła do siebie. W nocy myślała i przemyśliwała długo. Bona, która wiedziała o wszystkiem prędzej, później i o tem się dowiedzieć musiała. Nie pozostawało nic, tylko jej wyznać prawdę i poddać się rozkazom. Ona miała osądzić winowajcę.

Codzień prawie rano królowa sama obchodziła mieszkania żeńskiego dworu swojego, gdzie nic jej oka nie uchodziło. U Dżemmy siadała czasem odpocząć chwilę, ta była w łaskach teraz.

Zaledwie królowa zajęła miejsce zwykłe, gdy Dżemma u kolan jej uklękła. Miała skargę, żal wielki do powierzenia swej pani. Opowiedziała otwarcie o zabiegach Dudycza, o tem zuchwałem narzucaniu podarków, prosiła o karę na przestępcę.

Zimno wysłuchała opowiadania Bona i kazała sobie poprzód pokazać klejnoty, na których widok okrzyk zdumienia z ust się jej wyrwał. Umiała doskonale ich wartość ocenić. Potrząsała głową i śmiech szyderski zakończył wykrzykniki i pochwały.

Gniewu nie okazała najmniejszego.