— Wstawaj a żywo — rzekł do niego — odziej się, bo przyjdę po ciebie abym do pana zaprowadził.
Pacholę Dudycza stało już z wodą, ręcznikiem i odzież miało przygotowaną. Zerwał się więc poseł co żywo i nie tracąc czasu ubierać się począł w co miał najlepszego.
W sali obok, która wczoraj noc całą trzęsła się od wrzasków, panowała cisza grobowa. Dudycz zajrzał przez szparę, stała pustą, a na stołach walały się niezebrane szczątki wieczerzy. Mroczno wyglądała i brudno.
Zaledwie czas miał wdziać na siebie strój włoski, list królowej w jedwabną chustkę zawinąć i włożyć za suknię, gdy Biały wszedł.
Dziś tu i on i wszystko wyglądało do wczorajszego dnia wcale niepodobnie. We dworze panował spokój, cisza, a nawet pewien porządek.
Biały wyprowadził gościa drugiemi drzwiami w podwórze, na którem obóz był rozłożony; nic tu nie widać było rozpasanego, po za wrotami chodziły straże. W pośrodku na drągu wysokim powiewała chorągiew Kmitów ze Śreniawą.
Marszałka mieszkanie było w drugiem skrzydle rozległego dworu. Tu u drzwi, oprócz straży zbrojnej, w barwie bogatej stali dworzanie i urzędnicy możnego pana, utrzymujący karność. Ci co wczoraj dokazywali u stołów, dziś tu chodzili wytrzeźwieni, jak inni ludzie, ledwie śmiejąc po cichu szeptać do siebie.
Przeszedłszy sieni pełne służby, dostał się Dudycz do antykamery, w której co dostojniejsi byli zebrani dworzanie, poubierani wytwornie, z twarzami blademi, ale poważnemi i surowemi.
Kazano czekać Dudyczowi, na którego oczy wszystkich się zwróciły. Dopiero gdy ze drzwi zapuszczonych kobiercem wyszedł jakiś dorodny mężczyzna, w sukni księżej, marszałek skinął na Petrka i drzwi mu kazał otworzyć.
W izbie bogato przystrojonej, stał za stołem z papierami Kmita — jakby inny człowiek: postawa pańska, duma na czole, powaga wielka — ani go było poznać.