— A potem? — pytała ją szydersko Bianka.
— E poi? morir! (a potem? umrzeć!) — odpowiadała Dżemma, mężnie jej patrząc w oczy.
Miłość tę swą pierwszą wzięła Włoszka z pieśni, z poetów, z powieści, z własnego wreszcie serca i temperamentu. Nie była nigdy ani płochą, ani zalotną.
Lubiła wszystko co piękne, co wielkie, szlachetne — lubiła wytworny strój i starała się być czarującą, ale tylko dlatego, aby godną była wyboru Augusta.
Teraz, gdy ją nareszcie spotkało to szczęście niewysłowione, że on ją kochał — reszta świata, wszystko znikło z jej oczów. Widziała tylko jego jednego i siebie... nic ją nie obchodziło. Gotową była cierpieć, być prześladowaną, byle on jeden nie zmienił się dla niej.
Bona może w tę namiętność nie wierzyła, bo wcale się jej nie lękała, a można było nastraszyć się zstąpiwszy w to serce, które patrzało w przyszłość, w śmierć, w męczarnie, nieustraszone niczem.
Zygmunt August zawcześnie zużyty miłostkami, które dla niego spowszedniały, w tem nowem przywiązaniu odżył i odmłodniał.
Nie był to stosunek do żadnego z poprzedzających podobny, tak jak Dżemma do żadnych z dziewcząt zapomnianych podobną nie była.
Pomiędzy niemi, z tym diademem miłości heroicznej na czole, występowała jak królowa. Nie kryła się, nie wstydziła, nie rachowała z niczem.
August też, choć wystygły, chwilami przy niej czuł powracającą młodość, i miłość jego rosła razem z doznanem szczęściem niespodzianem.