— Ja nic widzieć nie chcę! — zawołała Dżemma — nic, nic!
— Jakto! nawet twojego króla, gdy będzie śliczny taki paradował na koniu.
— Przy jej kolebce — zawołała Włoszka.
— A tak! i jej powinnaś być ciekawą, jak blada i strwożona jechać będzie na te królewskie gody, które dla niej staną się męczarnią królewską!
Dżemma podniosła się.
— Ostygnij i pomyśl — dodała Bianka. — Co ci pomoże siedzieć tu w kącie, gdy możesz pokazać oblicze i tryumfować, bo nie ma wątpliwości, że jesteś od niej piękniejszą.
Tomek, dworzanin króla, właśnie z Balic powraca, widział ją jak wysiadała do dworu drżąca, iż pod boki musiano trzymać, bo się słaniała biedna. A była blada jak ściana, i wydawała się chorą, strwożoną, zmęczoną. To dziecko, a ty...
Słuchała Dżemma z zajęciem.
— Wiesz — mówiła Bianka, zwolna poczynając ją rozbierać — musimy się wyprosić na miasto. Znajdziemy dworzan co nas wyprowadzą zawczasu i znajdą w kamienicy pomieszczenie, z którejby widać było dobrze orszak cały.
Monti, piękny śpiewak, który się w tobie kocha.