— Wracam ztamtąd — odparł — jadę od namiotów. Królowa już przybyła, ale to biedactwo wątłe i blade, że nie wiem jak ten dzisiejszy dzień wytrzymać potrafi. Gdy ją od powozu do namiotów prowadzili margrabia Jerzy z księciem Lignickim zdało się, że co chwila nogi jej się zachwieją i padnie. Ubrana cała w złotogłów, okryta klejnotami, uginała się pod ich ciężarem. Nie królową się wydawała, ale nieszczęśliwą ofiarą, aż litość brała.
Dżemma rzuciła na Merłę okiem gniewnem, a ten ciągnął dalej.
— Spotkał narzeczoną August, nasz pan, na pół drogi i tu się sobie pokłonili, ująwszy za ręce. Dopieroż mowy się rozpoczęły i nie wiem kiedy temu koniec będzie, bo z obu stron oratorów dosyć, a kto się do mowy przygotował, ten jej nie podaruje!
— A król młody? król? — zapytała Bianka.
— No i ten jak skazany stoi — rzekł Merło — blady i umęczony. Złota narzeczona a srebrny pan! — dodał śmiejąc się. — Gdyby u nas wiedziano, że panią całą w złoto oprawią, mybyśmy też może naszego pana choć w szkarłat wystroili, a tak się on ubogo im wydał.
— A prędkoż się wjazd pocznie? — zapytała Bianka.
— Widzicie jak się tam ściągają na zachodzie chmury? — rzekł — otóż nie potrzeba na to proroka, aby zgadł, że nim oni powoli ciągnąc od namiotów do miasta nadążą, niezawodnie deszcz zacznie kropić i naszym paradnym ufcom atłasy i aksamity pomoczy!
Merło śmiał się wesoło.
— Jeżeli oracye się skończyły — dodał koniowi cugli popuszczając — musieli już ruszyć z miejsca, ale choćby deszcz wisiał nad niemi, nie pospieszą, bo takiej uroczystej kawalkacie nie przystało inaczej jak stępią.
To mówiąc przyłożył rękę do beretu, pozdrowił kobiety i krzyknąwszy na tłum, aby mu się rozstąpił, puścił się dalej ku zamkowi.