Milczenie odpowiedziało na ten smutny wykrzyk, który się wyrwał z piersi biskupa.

— Młodziuchna, nieśmiała, a co gorzej pono wątła i słabowita — rzekł Tarło — jak ona tu sama jedna potrafi temu (tu zniżył głos) potworowi się opierać.

— Przypomnijcie legendy stare — rzekł Maciejowski — Bóg staje w niewinności obronie, a ma ona siłę, której rozum nie potrafi ocenić. Ileż takich dziewic, potworom na pastwę rzuconych, niewidzialne ręce aniołów osłoniły...

— Co daj Boże! — westchnął Tarło.

— Królam nie widział jeszcze — odezwał się pan Andrzej z Górki, zwracając ku biskupowi — jakże jest?

Maciejowski nie odpowiadał długo, jakby mu ciężko było otworzyć usta — smutkiem się okryło oblicze.

— Nie łudźmy się, kasztelanie — rzekł powolnie. — Wprawdzie ja, obcując z nim oddawna codziennie, nie widzę schyłku jego jako drudzy, a mimo to, król straszliwie osłabiony, znękany, zobojętniały... niepodobna nie dopatrzeć, nie można zaprzeczyć...

— Miał on zawsze chwilki słabości — odezwał się pan Andrzej — gdy go niewieści pisk i krzyki zmogły, ale w nim owa Kaźmirzowa ojcowska stałość myśli mieszkała, że się chwilowem ustępstwem z prawej drogi sprowadzić nie dawał.

— I dziś on widzi jasno — rzekł biskup Samuel — ale spokojny jakiś fatalizm starości go ogarnął. Mówi snadź sobie, iż Opatrzność ludzkie sprawy do pewnego wiedzie końca, i choć ulega, niebezpieczeństwa w tem nie widzi.

Maciejowski wstrzymał się chwilę i dodał z uśmiechem: