— Tak jest — mówił Marsupin — weźmiemy mu tę, Bona potrafi drugą dostarczyć. Piękna dziewczyna jest narzędziem. Musimy złamać Bonę i nie dać jej znęcać się nad Elżbietą groźbą odwetu na ukochanej jej Izabelli.
— Ale Włoszka — zawołał niespokojny o siebie Dudycz — wy jąlekceważycie, widzę.
— Bynajmniej! — rzekł Marsupin —piękna jest, rozkochana lub dobrze udaje rozmiłowaną, wszystko to prawda, ale po za nią stoi Bona. Na nią uderzyć potrzeba.
Po chwili milczenia Dudycz, choć nie krasomówca, jąkając się wywód rozpoczął.
— Pewna rzecz, że na Bonę trzeba tak czy owak działać, ale, miły panie, choć wierzę w to, że będziecie mieć poparcie, choć sądzę, że wam nie zbędzie na zręczności, powiem jedno tylko. Król Zygmunt od lat wielu, dwudziestu kilku bodaj ożeniony, a jeszcześmy nie widzieli ani jednego przykładu, aby z Boną on czy ktokolwiek inny walcząc wyszedł zwycięzko.
Marsupin słuchał zmarszczony.
— Tak mi źle wróżycie — szepnął — no, ale ja męztwa nie tracę.
— A ja wam życzę powodzenia — dodał Dudycz — ale, wiecie co powiem. Ja przysięgnę, że gdy my tu rozmawiamy z sobą, a o was w mieście i na dworze nikt nie wie, ona już o przybyciu, o listach, o wszystkiem jest zawiadomioną.
Na dworze cesarza ma swoich, ma ich w Pradze, ma wszędzie... sypie gdy potrzeba pieniądzmi, a ma ich więcej niż król i skarb koronny. Za te pieniądze kogo chce kupuje.
Marsupin położył mu rękę na ramieniu.