Spojrzał Struś, podszedł tuż, przykląkł nad chorym i wpatrywać się w niego począł pilno.
Głosem dogorywającym umierający wołał.
— Wody!
Struś mu jej kubek podać kazał, bo miał tę pewność, że natura wie lepiej od lekarza, czego jej potrzeba.
Milczący, długo wlepiając oczy w tę twarz zsiniałą, na którą już nadchodząca śmierć kładła piętno swoje, naostatek załamał dłonie.
Wstał i na najbliższej ławie przysiadł, jakby i jemu sił zabrakło.
Dokoła stało towarzystwo lamentując, szepcząc, stękając, ręce ku niebu podnosząc.
Struś po chwili ruszył się. Przypomniał sobie u Franciszkanów apteczkę i na kawałku papieru nakreśliwszy coś, biedz kazał po lekarstwo. Ale z twarzy jego widać było, że niebardzo ufał, aby ono na czas przyszło i pomódz miało.
Choremu jeszcze wyrazy urywane z ust się dobywały ciężko.
— Na swej ziemi umierać... na swojej ziemi leżeć.