Podskarbi słysząc to uśmiechnął się i skłonił.
— Wie ona zdawna co trzymam o niej — rzekł zimno.
Marsupin ciągnął dalej opowiadanie.
— Przyszło do tego, że się Bona ze złości rozpłakała.
— Byłam i jestem królową — zaczęła wołać — chcecie mnie tu sługą uczynić i niewolnicą.
Na to jednem słowem odpowiedziałem.
— Nie, tylko matką!
Na wyrzuty najrozmaitsze, sprawę mając dobrą, znalazłem zawsze odpowiedź słuszną, gotową, której odeprzeć nie mogła.
W ostatku mnie przyparła posagiem, że z wielkich obietnic, grosza jednego dotąd niewidziano. I na to rzekłem, że przecie termin nie przeszedł, a w nim należytość spłacona będzie.
Wiedziałem o tem od ks. Samuela, że królowa, gdy nie może nic ze starym królem, ucieka się do łez i gniewu... toż samo było ze mną. Znowu się jej łzy rzuciły, a złość ją dusiła, łkała i łajała.