Stali tak wszyscy ze smutnemi twarzami, gdy Boner chód posłyszał, a że się tu nikogo ani spodziewał, ani życzył sobie, poszedł ku drzwiom. Ukazał się w nich z twarzą pomięszaną, trwożliwie Dudycz, jak zwykle fantastycznie i śmiesznie ustrojony, co przy jego twarzy postarzałej i brzydkiej, odbijało dziwnie i oczy Decyusza ciekawe ściągnęło.
Marsupin, który tego sernego człowieka wielkim strachem nabawił, ale go cenił, bo mu służył dobrze, poznawszy z miny, iż troskę jakąś niósł z sobą, postąpił ku niemu.
Boner skinieniem głowy go witał.
— Z zamku idziesz? — spytali.
— Tak jest — zawołał głosem niespokojnym Dudycz. — Znowu podle zamku kilku ludzi zapowietrzonych zmarło. Strach wielki u nas. Ks. Samuel nalega, aby stary król jechał do Nowego miasta albo na Mazowsze, gdziekolwiek bądź, byle w miejsce bezpieczne. Rozumie się, że królowa Bona go samego nie puści.
— A August? — zapytał Marsupin.
Dudycz ruszył ramionami.
— Nie wiem — rzekł — ale zdaje się, że jego prędzej jeszcze wyprawią.
Bona chwyciła się moru, aby małżeństwo rozdzielić.
Mowa o tem jest, aby król młody jechał sam na Litwę, a królestwo z młodą królową do Korczyna.