— Wiecie — rzekł — mnie się zdaje, że pora przyszła, gdy ja przy jednym ogniu dwie pieczenie upiekę, swoją i waszą.
— Jakie? — zapytał Marsupin, który w rozum i przebiegłość Dudycza nie wierzył.
— Jeżeli król młody wyjedzie a porzuci swą Włoszkę, pora będzie się swatać do niej i was od niej uwolnić.
Rozśmiał się Włoch.
— Słuchajno — rzeki — albo ci ją Bona da, a wtenczas nam po niej nic; albo, jeśli się to na co przydać nam może, nie dopuści.
Dudycz potrząsnął głową.
— Zobaczymy — rzekł — ale ja wam tylko to z góry zapowiadam, że kto mi do Włoszki pomoże, temu ja służyć będę.
— Choćby Bonie? — spytał Marsupin.
— Choćby staremu szatanowi! — zawołał zapalony Dudycz.
Wieczór nadszedł, wniesiono światło, w ulicy nie ustawał ruch. Wyglądano oknami otwartemi, dwa czy trzy wozy z trumnami przesunęły się pod oknami.