W izbie sypialnej króla postrzegł światło, równie jak w komnatach starej pani, około których na galeryach przemykały się kobiety i służba. Około króla starego już nikogo nie było z Rady, kapelan tylko, starych dworzan kilku i doktor Polak.
Zygmunt zabierał się do spoczynku.
Boner chcący się dowiedzieć coś, nikogo nie znalazł w pustych antykamerach nad drzemiącego na ławce, na kiju swym spartego Stańczyka, który gdy nie błaznował, do ascety i filozofa podobniejszym był niż do trefnisia.
Podskarbi zbliżył się do niego.
— Czołem! — rzekł.
— Hę? — odparł stary. — Jeżeli wy mnie czołem, a czemże ja wam się pokłonię?
Rozśmiał się Boner.
— Co słychać u was? — spytał.
— Zawsze jedno — począł trefniś — od lat wielu nic innego nie słyszę, jeno narzekanie.
— Dziwicie się temu — rzekł Boner.