— Bogaty?

Bianka śmiała się.

— A! tak! powiadają, że jest bardzo zamożnym — odezwała się — a najlepszym dowodem tego są podarki, za które nawet spojrzenia nie wymagał.

Włoszka jeszcze błądziła gdzieś myślami, po łysinach starych dworaków, gdy towarzyszka jej uderzając w ręce, zawołała.

— Piotr Dudycz! królewski dworzanin.

Nazwisko to, niemal zapomniane, nieznane prawie, nierychło Włoszce na myśl pocieszną postać przywiodło, do której się odnosiło.

Skrzywiła usta z odrazą, drgnęła cała ze wstrętu i nie odpowiedziała nic.

— Nie będę się starała dowodzić, że się do jego maszkary przyzwyczaić można — wtrąciła Bianka — możesz bowiem niepatrzeć na niego. Królowa powiada, że się na wszelkie warunki zgodzi, byle w oczach ludzi za męża twojego uchodził.

Z drugiej strony, kochana Dżemmo, możesz być pewną, że inaczej jak czyjąś żoną, królowa ci nie pozwoli jechać za synem. Nadto już mówiono o tem, że ona się opiekowała tobą, na złość młodej królowej. Chce żebyś jechała, ale boi się aby na nią to nie spadło.

Nie masz wyboru... biedna!