Ale Dudycz przez samą miłość własną cofać się nie myślał i odparł, że mu nie o pieniądze szło, ale o czas krótki na pościąganie wszystkiego, bo w Krakowie, choćby Dżemma się nawet nie tak niecierpliwiła, powietrze coraz groźniej występujące pozostać dłużej nie pozwalało.
Dudycz więc pobiegł co rychlej na miasto, gdzie za pieniądze zawsze wszystkiego dostać było można. A choć przyjaciół nie miał, pomocników płatnych stręczyło się podostatkiem.
Po drodze spotkawszy się z panem Bonerem, nie zaparł się przed nim, że Włoszkę miał zaślubić, ale więcej mu nie powiedział nic. Resztę dnia tego, nie spoczywając na chwilę, użył Petrek na zamawianie ludzi, kupno koni, uprzęży, jednej kolebki, której mu brakło, wozów itp.
Późno w nocy w gospodzie jeszcze gwarno u niego było... i izba zarzucona uprzężą, bronią, naczyniem, wyglądała jak szpichrz nieporządny, gdy wpadł do niej Marsupin.
Wiedział on już od podskarbiego o małżeństwie, ale mu niespełna dawał wiarę — przybiegł się czegoś dowiedzieć.
Wyszli razem do alkierza.
— Widzę z waszmości zajęcia, że chyba prawda iż żenisz się, i z żoną do majątku wraz jedziesz. Prawdali to?
— Prawda — odparł Dudycz — ale co mam wam kłamać, kiedy to rychło na wierzch wynijdzie. Jadę z żoną do Wilna.
Marsupin odskoczył od niego i spojrzał z pogardą.
— Że się z kochanką króla żenisz — zawołał — to jeszcze mniejsza; znalazłoby się wielu coby ją wzięło, lecz żebyś ją potem królowi wiózł, toć nie do wiary!