Niepołomice strzeżone ze wszech stron, wyglądały jak czasu wojny, a około zameczku pozapalane kupy liści dymiły i wyziewem gorzkim przepełniały powietrze.
Marsupin jechał z miną tryumfującą.
— A co? — zawołał wesoło, witając nizkim ukłonem Drwęckiego. — Widzicie? Ja i moje szkatułki zdobyliśmy szturmem nieprzystępne Niepołomice. Cóż królowa?
Drwęcki miał poważną twarz i lice niewesołe.
— Tak — odparł — księdzu biskupowi i szkatułkom winniście, że was tu dopuszczono, ale nie pochlebiajcie sobie, ażebyście wielkie i trwałe odnieśli zwycięztwo. Królowa musiała ustąpić, ale tem gorzej. Nigdy ona wam tego nie przebaczy. Wszyscy co ją znają wiedzą, że nienawiść i chęć zemsty ku wam wzmogła się przez to. Miejcie się na baczności.
Marsupin był w tak szczęśliwem usposobieniu czując, że na swem postawił, iż się śmiać począł.
— Oczarować mnie, tak jak czarami starego i młodego króla przykuła do siebie, nie będzie miała czasu — rzekł śmiało — otruć się nie dam, bo jeść u jej stołu nie będę, a zechce nasadzić zbirów na mnie, mam nadzieję w Bogu, że obroni.
— Zbytnio nie ufajcie tylko gwieździe waszej — dodał Drwęcki.
Od sekretarza dowiedział się Włoch, że miał wprawdzie pozwolenie oddania listów i szkatułek, ale razem zastrzeżono, że natychmiast potem oddalić się musi.
Nie dozwalano nikomu, pod żadnym pozorem, przybywającemu z Krakowa pozostawać dłużej w Niepołomicach, zerwano ze stolicą wszelkie stosunki, i nie bez przyczyny, gdyż w istocie powietrze coraz się więcej srożyło w mieście, a już w Niepołomicach i po drodze, mimo wszelkich ostrożności, kilku pachołków i służby poumierało.