Niewymowny Dudycz, z oczyma spuszczonemi, strzępił machinalnie pióro od kapelusza, który trzymał w ręku.
— Pojedziecie? — zapytała Dżemma łagodnie.
— Ten raz, cóż robić! — odparł Petrek — choć przyznam się, że i dla królowej nawet, ochoty nie mam. Koń ciągnie — dodał — ale mu też obroku dać potrzeba, a jam go nie widział jeszcze.
Dwuznacznie się uśmiechnęła Włoszka.
— Zdaje mi się — rzekła — że obrok i za mnie i za siebie da królowa.
Jedźcie tylko śpieszno, sprawcie się dobrze, a będą was pytać, potwierdzcie to co królowa w liście moim znajdzie.
Bianka podjęła się na wpół wtajemniczyć Dudycza, który się powoli udobruchał.
Tak w końcu, po naradach, pisaniu i wyborach, które się parę dni przeciągnęły, Dudycz wyruszył, zostawiwszy ludzi żonie, samowtór z jednym pacholikiem.
Jak przebył Litwę do granicy, jak się potem rozpytywać musiał gdzie królowej starej szukać, bo mu o niej coraz inaczej mówiono i jedni kazali do Piotrkowa, drudzy do Warszawy jechać, tego opowiadać nie potrzebujemy.
Miał czas Dudycz o sobie i swem położeniu rozmyślać, stękać i wzdychać na ciężką pańszczyznę jaką dla pięknych oczu swej pani odbywał. Królestwo byli naówczas w Mazowieckim grodzie nad Wisłą, zkąd im do Brześcia na sejm litewski bliżej być miało. Gród ten nieznany Dudyczowi, opasany lasami dokoła, na małem wzgórzu nad samą Wisłą, ciasno murami opasany, po Krakowie mu się nie wydał zbyt pokaźnym, a i Wilno przy nim nie traciło. Zameczek stary, budowany i przebudowywany składał się z murów polepionych razem i niewiele obiecujących. W mieście gospody niełatwo wyszukać było.