— Zostawcież też co do naganienia.
Gdy o młodej królowej mówiono, odwracała się Bona słuchać nie chcąc, zburzona, a choć z Wilna o zdrowiu jej przychodziły wieści uspokajające, ona zawsze wiedziała o jakiejś chorobie, i staremu mężowi nie przestawała wyrzucać, że synowi dał żonę, która mu życie zatruje i wstrętnem uczyni.
— Chorobę ma — powtarzała — z której ją nikt nie uleczy.
— Baśnie to są — zaprzeczał Zygmunt i milczeć nakazywał żonie.
Wtem naraz przyszły do Krakowa zatrważające wieści, potwierdzały je i listy Dantyszka, wielkiego wielbiciela Elżbiety. Królowa ciężko, niebezpiecznie zapadła.
Skarżył się na to sam August, posłano po lekarzy do Krakowa.
To co dotąd tajemnicą było, stało się przez nich jawnem — królowa miała straszną tę chorobę którą wielką zwano, a na nią doktorowie lekarstwa nie znali żadnego.
Przez czas jakiś zwątpiono o życiu. August chodził pogrążony w smutku wielkim. Gdy już wszelka prawie nadzieja stracona została, Elżbieta cudem podniosła się z łoża i powróciła do życia.
A gdy do niej przyszedł mąż potem, chwyciwszy rękę jego, patrząc mu w oczy z miłością wielką, szepnęła mu:
— Wyprosiłam u Boga, aby mi jeszcze z wami, królu mój, pozostać pozwolił.