— Gamrat zrobi co mu każę — rzekła. — Młody król właśnie te wasze drażliwe kwestye śledzi i niemi się zajmuje... on przecież was nie zdradzi.
— Tak — ale mury mają uszy — rzekł Lismanin.
— Boisz się aby i ciebie nie spalono? — rozśmiała się Bona, ruszając ramionami. — Proszę cię, otrząśże się z tych dziecinnych postrachów. Bądź dzisiaj u młodego króla, potrzebuje roztargnienia... Przynieś mu jakie księgi nowe... Kocha się w nich.
Lismanin słuchał nie odpowiadając.
— Po księgi — dodał po chwili — należałoby właściwie jechać za granicę. Tu ich niedostać, bo duchowieństwo polskie surowo czuwa i nad tem co z Niemiec idzie, i cokolwiek bibliopole przywożą.
— Poślij kogo! — szepnęła Bona.
Lismanin ręce złożył.
— Nikomu, nikomu w tej sprawie zawierzyć nie można — rzekł pospiesznie — o gardło idzie. Ja sam musiałbym się chyba ważyć, i to nie inaczej jak polecenie mając królewskie, bo by mi celnicy na granicach zabrali co tylko drukiem pachnie.
Poruszył ramionami mnich.
— Pojadę jeśli W. K. Mość rozkażesz — dodał.