— A! wiem bardzo dobrze — poczęła ożywiając się Bona — że to dziś już wszystko próżne. Stało się, co się stać nie było powinno. Dajecie mu żonę, z którą on żyć nie będzie mógł.
Król spojrzał z rodzajem podziwienia.
— Mówiłam wam: to dziecko schorowane, wątłe, które odrazę nie miłość wzbudzić może...
Nie chcąc odpowiadać Zygmunt, niememi ustami poruszał. Zrezygnowany był słuchać wyrzutów i pogróżek, nie podsycając rozmowy o niemiłym przedmiocie.
Wszystko to już słyszał nie raz i nie raz odpowiadać na to był zmuszonym. Zadumany nie zważał nawet na sypiące się z ust Bony słowa, i królowa spojrzawszy na niego, przekonać się mogła, że był myślami gdzieindziej.
Nie wstrzymało ją to od tych narzekań, które, jak wczora, nie przerodziły się wprawdzie w krzykliwe i gniewliwe wyrzuty, ale niemniej dokuczliwemi były.
Król zdawał się wyglądać i czekać na coś, coby go wybawiło.
Bona w końcu umilkła, widząc niemożność wywołania sporu, od którego stary się bronił milczeniem.
Kilka spraw mniejszej wagi było na porządku dziennym. Zażądała podpisów na przywileje dla swoich miasteczek. Rów miała na Bar przerobić. Dla swoich przyjaciół chciała tytułów i urzędów. Zygmunt na wszystko przystawał. Małemi temi ustępstwami rad był pokój okupić. Zgadzał się, poruszeniem głowy tylko okazując, że się nie przeciwi.
Dnia tego nawet czynił zadość żądaniom daleko łatwiej niż zwykle — znużonym był.